Recenzja: Detroit: Become Human

Informacje podstawowe:
  • Tytuł: Detroit: Become Human
  • Developer: Quantic Dream
  • Wydawca: Quantic Dream
  • Pełen dźwięk: angielski, polski
  • Napisy: angielski, polski
  • Rozszerzenia i powiązane tytuły:
  • Mój czas gry: 30 h
Do kupienia:
Recenzja:

Nie mam pojęcia, czemu tyle czasu zabierałam się do recenzji tej gry, bo powinna pojawić się na blogu już dawno… „Detroit: Become Human” to gra stanowiąca połączenie przygodówki, z interaktywnym filmem, wykorzystującym zarazem mechanikę flow charta, do powtarzania konkretnych scen. Jest to również – moim skromnym zdaniem – najlepsza z dotychczasowych produkcji studia Quantic Dream, które wcześniej stworzyło m.in. tytuły takie jak „Fahrenheit”, „Heavy Rain” czy „Beyond: Dwie dusze”. Jeśli więc podobały się Wam ich wcześniejsze gry, to „Detroit: Become Human” możecie w zasadzie kupować w ciemno. Ma bowiem nad poprzedniczkami tę znaczącą przewagę, że w końcu widać, iż pochylono się nad fabułą. Nie jest to zatem jakiś cudem sklejony na prędko szwajcarski ser, gdzie dziura logiczna goni dziurę i nie wiadomo, o co w zasadzie scenarzyście chodziło.

Opowieść gry przenosi nas do nie tak dalekiej przyszłości, gdzie świat ludzi w zasadzie niewiele różni się od naszego, z tym wyjątkiem, że jeszcze bardziej polegamy na technologii. W większości gospodarstw domowych pojawiły się zatem androidy, które pomagają swojej „rasie stwórców” w wykonywaniu tych najbardziej żmudnych lub niebezpiecznych czynności: mogą gotować, sprzątać, opiekować się dzieci, ale też budować, pełnić funkcję strażników czy ratowników. Na pierwszy rzut oka nie tak łatwo je rozróżnić. Jasne, ich emocje są znacznie bardziej… oszczędne? I w zasadzie o wiele łatwiej odczytać „uczucia” androida za pomocą koloru diody, którą każdy z nich ma na skroni (np. czerwona – oznacza niestabilność = zaniepokojenie, wzburzenie, gniew itd.) niż z mimiki twarzy. Poza tym, póki nie „zajrzymy do środka”, na zewnątrz przypominają przeciętnego faceta czy kobietę. Nie są nawet za specjalne atrakcyjne (poza, naturalnie, androidami przeznaczonymi do domów publicznych), ale w grze możemy się natknąć na całą masę przeróżnych modeli. Co zabawne, androidy kupuje się dokładnie w takim samych salonie, jak telefony komórkowe… Już na początku gry możemy więc zobaczyć, jak stoją grzecznie na wystawie, czekając aż ktoś się nimi zainteresuje i zabierze do swojego domu. A potem, ponieważ nie mają żadnych praw, czeka ich zasadniczo egzystencja niewolników…

I tak jak pewnie się domyśliliście, głównym tematem „Detroit: Become Human” jest poszukiwanie człowieczeństwa i nierówność rasowa. Co, pomimo moich obaw, wyszło twórcom dość zręcznie. Jasne, trafiają się mniej lub bardziej patetyczne scenki, zwłaszcza pod koniec gry, ale suma summarum przemyślenia i wnioski mieli nawet ciekawe. Co więcej, to w ręce graczy został oddany w większości wypadków kierunek historii, bo przyznam szczerze, że nie znam drugiej gry, która oferowałaby równie wiele zakończeń. Gdzieś tam jest pewna liniowość, wynikająca z mechaniki drzewka wyborów, ale ilość alternatywnych ścieżek czy endingów była miłym zaskoczeniem. Już na początku opowieści możemy bezpowrotnie stracić jednego z naszej trójki głównych bohaterów. Do nas należy również decyzja, czy zrobimy z nich bardziej „protagonistów” czy „antagonistów”. Jeśli zatem chodzi regrywalność, to „Detroit: Become Human” ma sporo do zaoferowania.

Przyjrzyjmy się zatem głównym bohaterom, których opowieści będziemy poznawali równolegle – na przestrzeni kilku rozdziałów, a które na jakimś etapie mogą, nie muszą, spleść się w ładną całość:

Pierwszy z nich to Connor, czyli android w stylu policjanta, czy raczej agenta od zadań specjalnych. Jego głównym celem jest prowadzenie śledztwa dotyczącego niebezpiecznych androidów, które się zbuntowały i uciekły od właścicieli. Z czasem Connor ma także możliwość zbudowania bliższej przyjaźni z uzależnionym od alkoholu, ludzkim detektywem Hankiem, z którymi wspólnie będą prowadzili sprawy. To chyba najbardziej przygodówkowo-detektywistyczny wątek. A zarazem ten, który podobał mi się najbardziej gameplayowo. Z Connora możemy bowiem zrobić bohatera przypominającego nieczułą maszynę rodem z „Terminatora” (mi osobiście kojarzył się nieco z modelem T-1000 z „Terminator 2: Judgment Day”) lub sympatycznego, poszukującego swojego „ja” obrońcę prawa. Zależy czy wolicie polować na androidy, czy je ratować – a nasze decyzje wpłyną bezpośrednio na relacje z Hankiem… który ma całą masę własnych, ciężkich problemów osobistych i traum.

Druga z postaci to opiekunka do dzieci – Kara. I chyba żadna z pozostałych postaci nie jest tak jak ona narażona na ciągłe bad endingi. Kobieta mieszka w bardzo patologicznym domu, gdzie ojciec znęca się nie tylko nad androidką, ale również swoją własną córką. Kara może oczywiście ten fakt ignorować i po prostu wypełniać swoje zadania jak typowy, mechaniczny niewolnik… może się też zbuntować (w końcu jej oprogramowanie nakazuje ochronę dziewczynki), a to poprowadzi do poważnych konsekwencji i uczyni z Kary przestępczynię. A chociaż brzmi to nawet ciekawie, to niestety największy nacisk w tym wątku położono na istotę macierzyństwa… Co mnie osobiście nie podobało się tylko dlatego, że skoro już prowadzili jakąś postać kobiecą, to mogli ją potraktować mniej stereotypowo. A ponieważ całość opowieści jest najmniej dopracowana (pojawia się tu sporo dziur logicznych i głównego plot twistu możemy się domyślić już po wskazówkach w pierwszej scenie), to dla mnie rozdziały Kary były dość nudne na tle całej gry. Dziecko zaś głównie irytowało, a nie budziło chęć ochrony. Daleko jej było do uroczej Clementine z „Walking Dead”… Pewnie wyzwanie może również stanowić tutaj mechanika. Karą będziemy się bowiem głównie skradać – ze względu na ograniczenia jej modelu – nie liczcie więc na jakieś pokazowe akcje…

…bo te przypadły w udziale trzeciemu z bohaterów, który często okaże się mistrzem parkour. Markus (model RK200) to inteligentny, silny i charyzmatyczny android, który był osobistym służącym słynnego malarza Carla Manfreda, przez co był przez bogacza traktowany jako zastępstwo jego prawdziwego, marnotrawnego syna — Leo. W wyniku nieszczęśliwych wydarzeń, a szczególnie zazdrości, Markus ląduje uszkodzony na wysypisku śmieci, a tam zaczyna się jego droga rewolucjonisty. Możemy bowiem zrobić z niego oświeconego przywódcę zbuntowanych androidów, który chce walczyć z nierównością rasową na drodze dyplomacji albo bezwzględnego wroga ludzkości w stylu Roya Battiego z „Łowcy androidów”. Jak już wspominałam, w jego ścieżcę natkniemy się też na sporo elementów zręcznościowych i gierek QTE, przez co możemy stracić sporo cennych sojuszników, jeśli nie wykażemy się dostatecznym refleksem. Stąd osobiście nawet lubiłam jego rozdziały, głównie dlatego, że w największym stopniu poruszono tutaj problematykę niewolnictwa oraz drastycznie pokazano, w jaki sposób władza może rozprawić się z pokojowymi protestantami, gdy coś nie jest im na rękę…

Jeśli chodzi o aspekt estetyczno-techniczny, to „Detroit: Become Human” mogłabym się nieco przyczepić sterowania, ale wizualnie i dźwiękowo/muzycznie gra stoi na bardzo wysokim poziomie. Z interfejsu zawsze wita nas kobieta-android, z którą również, w trakcie postępu w fabule, będziemy budowali relacje. Co było dość przewrotne i ciekawe zarazem. Drewniane animacje twarzy pasowały z kolei do nieludzkich postaci i nie były efektem ubocznym jak w słynnym z tego powodu „Mass Effect: Andromeda”, ale celowym zabiegiem artystycznym. Wreszcie na pochwałę zasługuje także flow chart, który umożliwia nam powtarzanie konkretnych sekwencji, do czego szczerze zachęcam, bo gra ma wiele interesujących odgałęzień fabularnych. (No i szybko możemy sobie podejrzeć, które decyzje dokąd prowadzą, więc oszczędzimy sobie frustracji w poszukiwaniu idealnego zakończenia).

Stąd w gruncie rzeczy, pomimo pewnych dociągnąć, rażących zwłaszcza w wątku Kary, uważam, że warto dać produkcji szansę. W opiniach wielu recenzentów zauważyłam zarzut, iż gra czerpie zbyt mocno z popkultury… cóż, ja dla odmiany uważam, to za ciekawe, bo w końcu intertekstualność dzieła może stawiać przed graczami wyzwanie, aby poszukać na własną rękę tych wszystkich nawiązań, smaczków i inspiracji.

Może „Detroit: Become Human” nie jest na tyle głębokie, by wchodzić z klasyką science fiction w jakiś dłuższy dialog, ale nie znaczy to, że nie jest w stanie zatrzymać nas na moment przy jakimś wniosku czy skłonić do refleksji. Szczególnie w kontekście tego, jak przedstawiono niedaleką przyszłość: specjalne przystanki i odseparowane miejsce w autobusie tylko dla maszyn, przypominają o problemach mniejszości rasowych z poprzednich wieków. Podobnie jak fakt, że androidy nie mają praktycznie żadnych praw do obrony, głosowania, dysponowania swoim czasem i przyszłością itd. Co niewiele różni się od przemian z XIX i XX wieku, bo w końcu, do nie tak dawna, również kobiety, dzieci i zwierzęta – czyli te najsłabsze z grup, były postrzegane tylko w kategorii „własności”, a nie jednostki, której należą się jakieś prawa. W tym najbardziej podstawowe – do nietykalności cielesnej.

Stąd, jeśli lubicie nieco pofilozofować albo po prostu jesteście fanami podobnej konwencji, „Detroit: Become Human” to kawał solidnie zrobionej gry, dzięki czemu przypomniało mi się sporo fajnych filmów i książek, a dyskusje o potencjale AI wypełniły nam z przyjaciółmi długie godziny. Całkiem udane połączenie tak skrajnie różnych mechanik: będziemy mogli tutaj zarówno pobawić się w policjantów, poskakać po budynkach, poukrywać przed przeciwnikami, uronić łezkę czy dwie, przy tych bardziej emocjonalnych zakończeniach, albo parsknąć przy zabawnych interakcjach Connora ze zmęczonym życiem, cynicznym Hankiem. Jest tutaj tyle różności, motywów i postaci, że z pewnością każdy znajdzie coś dla siebie.

Plusy:

+ Odrębne opowieści trzech postaci w jednej grze;

+ Bardzo intuicyjny i rozbudowany flow chart z ogromną ilością zakończeń;

+ Dużo nawiązań do klasycznych dział SF o podobnej tematyce;

+ Dopracowana od strony technicznej: modele postaci, animacje, tła, muzyka, dubbing itd. – wszystko na bardzo wysokim poziomie.

Minusy:

– Stereotypowy i przewidywalny wątek Kary z nieścisłościami fabularnymi;

– Sterowanie niekiedy kuleje;

– Tandetny rozdział w domu publicznym – Eden club, byle pokazać nieco plastikowej golizny.


All the videos, logos, images, and graphics used on the blog belong to ©Quantic Dream.

I do not claim any right over them and were used on my blog for informational purposes only.

One thought on “Recenzja: Detroit: Become Human

  • 31 stycznia 2021 o 22h10
    Permalink

    Komentarz przeniesiony z bloga otomeforever.com autorstwa Son Yume (20 listopada 2020):

    „Dlaczego ja dopiero teraz to widzę? Normalnie wstyd i hańba! (-‸ლ)

    W pełni zgadzam się z Twoją recenzją. Chociaż nie grałam w „Heavy Rain” (ale brat cały czas mi mówi, że skoro polubiłam Detroit do polubię i to), a w „Beyond” chyba tylko początek, albo tylko oglądałam jak małż gra, więc w tym temacie nie mogę się wypowiedzieć czy Detroit jest lepsze czy też nie. Przyznam się bez bicia, że dorwałam je za darmo na PS Store kiedy było w Plusie, i przez pewien czas w ogóle do mnie nie przemawiało, ale jak już zaczęłam grać… cóż, powiedzmy że powoli (ostatnio baaardzo powoli) staram się wbić platynę. Chociaż coś konsola nam szwankuje i musimy jej robić co jakiś czas hard reset i Detroit zniknął chwilowo z naszego dashboarda, więc został olany na korzyść AC Valhalla.

    Co do sterowania, eh, nie będę się wypowiadać jakoś dogłębnie, ale denerwuje mnie uciekająca kamera przez co momentami zamiast iść na wprost ląduję na ścianie, albo się cofam. Szczegóły. Szczegóły. (ノ ˘_˘)ノ

    Co do samej fabuły… Uwielbiam Connora, na legimi mam nawet zaczęte jakieś fanfiction z nim w roli głównej. Anderson mistrz! Uwielbiam gościa, nic dodać nic ująć. Marcus pomimo że ma najwięcej akcji to jednak plasuje go na drugim miejscu, bo *kaszle* I♥Connor (o nim to bym mogła chyba cały post napisać). Kara, no cóż, tak jak napisałaś: wieje nudą. Ale muszę przyznać, że jej rozdziały (zwłaszcza ten u Zlatka) zalatywały trochę survival horrorem. Z jednej strony, jest mi jej trochę żal bo tak jak napisałaś żaden z pozostałych dwóch androidów nie jest narażony na tyle bad endingów co ona. Z drugiej, tyle czasu spędziła z Alice, że to trochę dziwne że dopiero gdzieś pod koniec gry zorientowała się że dziewczynka jest androidem. Luther zdaje się wiedział od samego początku, ale ona w ogóle chyba nie chciała tej wiadomości przyswoić do momentu aż nie zobaczyła innego dziecka tego samego modelu na własne oczy. I teraz ten wybór, czy ją zaakceptować czy też jednak nie? Nie no to już było dla mnie dziwne. Tyle czasu spędzić na ochronie dziecka, robić wszystko żeby dostać się do granicy tylko po to aby olać dziecko bo okazało się być androidem? Chyba kiepska by była z niej niania…

    Denerwowała mnie North, ja tu chciałam Marcusa pokierować żeby wszystko załatwił pokojowo, a tej wiecznie te decyzje nie pasowały. Nie dziwota, że kiedy mogłam to ją poświęciłam dla… cóż nawet nie dla dobra ogółu, ale dla własnej satysfakcji. ψ(`∇´)ψ

    Co do Eden… Cóż, zgadzam się że raczej głównym powodem tego rozdziału było jedynie pokazanie golizny (w dzisiejszych czasach chyba tylko gry dla najmłodszych jej nie mają), chociaż śmiechłam na reakcji Andersona kiedy Connor poprosił o wynajęcie androida i jego zastanawianie się „jak wytłumaczy to w wydatkach”.

    Miło, że Bryan Dechart i jego żona pojawią się w jakimś małym epizodzie w Cyberpunku – też coś z robotami ma być, czyli taki tiny easter egg co do Detroit. Dobra, chyba za bardzo upodobałam sobie głos Connora, że tak się tym jaram…

    Co do głosów, to mało jest aktorów których głosy NAPRAWDĘ mi się podobają, ale Clancy Brown plasuje się na równi z Lancem Henriksenem (którego głos uwielbiam od momentu jak usłyszałam go po raz w pierwszy w Mass Effect) oraz Keith Davidem (i znowu ME). Taka mała dygresja.

    Tyle! Bo miałam napisać komentarz a wyszła mi osobna recenzja (/ε\*)”

Dodaj komentarz