Recenzja: The Walking Dead – Sezon 1

Informacje podstawowe:

  • Tytuł: The Walking Dead
  • Developer: Telltale Games
  • Wydawca: Skybound Games
  • Pełen dźwięk: angielski
  • Napisy: angielski
  • Rozszerzenia i powiązane tytuły: The Walking Dead: Season 2, The Walking Dead: A New Frontier, The Walking Dead: Michonne – A Telltale Miniseries, The Walking Dead: Final Season
  • Mój czas gry: 10 h

Do kupienia:

Opis wydawcy: The Walking Dead to pięcioczęściowa gra, której akcja toczy się w uniwersum opisanym w nagradzanej serii komiksów Roberta Kirkmana. Wciel się w Lee Everetta, skazańca, który otrzymał od losu szansę na nowe życie w świecie opanowanym przez nieumarłych. Aby odkupić swoje winy, będzie musiał zaopiekować się osieroconą dziewczynką imieniem Clementine. Ale nie będzie to łatwe – aby przetrwać w przypominającym piekło, pełnym żywych trupów świecie, ludzie walczący o przetrwanie nie cofną się przed niczym.


Recenzja:

Będę szczera, niełatwo się wzruszam przy grach. A może po prostu nie grałam do tej pory w wiele tytułów, które byłby tego warte? „Walking Dead” było jednak serią, od której zaczęła się dobra passa studia Telltale i która na długo została w mojej pamięci, a nawet obudziła zainteresowanie serialem. (Tak, obejrzałam, prawie wszystkie sezony i nie, kompletnie nie było warto). Ten nieoczekiwany sukces przyczynił się z kolei do nabywania przez studio kolejnych licencji i wydawania nowych tytułów, będących czymś w rodzaju połączenia gry przygodowej w stylu point-and-click z visual novel. Lecz pomimo rosnącej popularności, żaden inny produkt nie doczekał się aż tylu części, co wspomniana historia o żywych trupach. Poza sezonem 1 i 2 ukazała się bowiem kontynuacja „The Walking Dead: A New Frontier”, DLC o Michionne pt. „The Walking Dead: Michonne – A Telltale Miniseries”, aż wreszcie (choć w wielkich bólach), ostatni sezon z numerem 3: „The Walking Dead: Final Season”.

Dlatego człowiek trochę się z tymi zombiakami naużerał… Co jednak było w pierwszej części aż tak wyjątkowego, że po dzisiaj ludzie wspominają ją z rozrzewnieniem? Poza, oczywiście, interesująca, komiksową stylistyką, przez co całość wyglądała jak animacja. Ano, najsilniejszą stroną studia od zawsze było opowiadanie historii! A w tym wypadku strzałem w dziesiątkę okazali się bohaterowie.

Nasza opowieść zaczyna się w momencie, gdy main hero siedzi zakłuty w kajdanki w samochodzie policyjnym. Lee – to czarnoskóry mężczyzna, który pracował jako wykładowca historii, a o którym dodatkowo wiemy, że niedługo przed wydarzeniami z gry zamordował człowieka. Dokładniej, to kochanka swojej żony. Po tym, jak ich przypadkowo nakrył w trakcie igraszek. Sam background bohatera nie jest jednak aż tak istotny i nie będzie zbyt często poruszany. Miał raczej podsycić naszą ciekawość, ale nie stanowi głównej osi fabularnej. Chwile później wspomniany policjant umiera. Nim chociaż zdołamy zapamiętać jego imię. I to niebyle jak, bo zagryziony przez zombie. Tym sposobem dowiadujemy się, że apokalipsa nie tylko się rozpoczęła, ale Lee znalazł się w samym jej centrum. Na dodatek ze wciąż unieruchomionymi przez kajdanki nadgarstkami…

A chociaż mam słabość do wszelakiej maści postapo, to nie jestem zbytnim fanem tematów około zombie podobnych. Nie sądziłam zatem, że opowieść tak mi się spodoba. Zwłaszcza że oryginalna seria komiksowa jej w moim odczuciu, delikatnie mówiąc, średnia. Żeruje na bardzo prostych schematach i pokazywaniu przesadzonej makabry. W ciemnym tunelu pojawiło się jednak światełko. Coś, co kompletnie mnie zaskoczyło, a jednocześnie stanowiło o niezwykłości serii „Walking Dead” od Telltale. Tak, moi drodzy, chodzi o postać Clementine.

Clem na oko to 10-letnia dziewczynka, którą Lee znajduje w zasadzie przez przypadek. Przestraszone dziecko próbuje odnaleźć swoich rodziców w świecie, który jest kompletnie zawładnięty przez chodzące zwłoki (czy też „szwędaczy” jak ktoś woli komiksową terminologię). Stąd pomysł, aby podążyć ich tropem, wydaje się szalony. Mimo to Lee staje się dla dziecka opiekunem. A nawet składa jej obietnice, że odtąd nie pozwoli, by spotkała ją krzywda. Z każdym kolejnym epizodem więź pomiędzy bohaterami staje się zatem coraz silniejsza i trudno nie zakochać się w tym niezwykłym duecie. Lee to nie tylko zastępczy ojciec, ale też przyjaciel i nauczyciel dla Clementine. Ktoś, kto pokazuje jej jak się obronić, szukać jedzenia, zachowywać ostrożność wobec obcych…

Naturalnie, do pary na różnych etapach historii przyłącza się także wielu innych, nie mniej ciekawych bohaterów. Dla mnie wyjątkowym rodzynkiem był np. Kenny, który wraz z żoną i synem Duckiem, także próbował uciec od zombiowej zarazy. A choć czasami uważał się za naszego najlepszego przyjaciela, który tak samo jak Lee, próbował po prostu chronić swoich bliskich za wszelką cenę, to innymi razy mieliśmy go ochotę zamordować za egoizm czy krótkowzroczność, co czyniło z niego kogoś w rodzaju dodatkowego antagonisty. Ale pomimo tego, że irytował mnie niemiłosiernie (wiecie, to taki typowy tępy amerykański red neck), to trudno wyobrazić mi sobie całe Walking Dead bez tego buca. Z powodu swojego irytującego zachowania i wyrwanych z kosmosu akcji stał się po prostu postacią niezastąpioną i fabularnym dynamitem. XD

Co nie znaczy, że miłym dodatkiem nie było także gościnne pojawienie się prawdziwych, komiksowych bohaterów – jak Harshella czy Glenna, oraz całej masy towarzyszy, których bardzo często będziemy tracić w wyniku różnych, pechowych sytuacji na drodze. A to zombie kogoś użrę, a to znowu jedzenia zabraknie, komuś puszczą nerwy, ktoś inny będzie szukał zemsty, albo po prostu trafiliśmy na zapatrzonych w siebie dupków, którzy wprost szukają okazji do zdradzenia grupy na każdym kroku.

Z czasem historia robi się coraz bardziej ponura i poważna. Lee zaś mimowolnie zostaje wybrany przez drużynę na kogoś na kształt lidera. Co nie znaczy, że taki układ będzie wszystkim odpowiadać, ale punktem zwrotnym w fabule i tak okaże się inne, pozornie pozbawione znaczenia, wydarzenie na drodze, o którym pewnie wielu graczy w ogóle zapomni, nim dotrze do spektakularnego finału.

Nie chcę tutaj zdradzać żadnych szczegółów, aby czytelnik tej recenzji nie zepsuł sobie zabawny. Powiem tylko, że chociaż sam pomysł na ukrytego antagonistę nie był taki zły, o tyle realizacja wypada nieco śmiesznie, bo logika pewnych wydarzeń po prostu kuleje. (A niektóre rozwiązania po prostu nie mają sensu – jak na przykład postać, która potrafi wspinać się po budynkach, gdy chwile wcześniej odrąbano jej siekierą rękę O_o). Rozumiem jednak, że chodziło o dramatyzm. A ten aspekt udał się twórcom bardzo dobrze. Jeśli bowiem przymkniemy oczy na drobne potknięcia, to otrzymamy jedną z najbardziej wzruszających dla mnie historii w grach. Lee i Clementaine po prostu nie sposób było nie lubić. Zwłaszcza że zazwyczaj, gdy już spotykamy się z wątkiem „rodzicielstwa”, to praktycznie zawsze serwują nam relacje ojciec i syn.

Co zaś się tyczy mechaniki, to należy pamiętać, że to jedna z najstarszych gier studia. Dlatego osobiście sporo jej wybaczałam. Wciąż znajdziemy tutaj sporo elementów typowo przygodowych: czyli będziemy szukali jakichś przedmiotów, aby połączyć je z innymi, a od czasu do czasu odklepywali QTE. Zagadki nie stanowią jednak żadnego wyzwania i są banalnie proste. Stąd szybciej będziemy zmuszeni wczytać grę, bo damy ciała w quick time eventach niż utkniemy na szukaniu jakiegoś rozwiązania. A niektóre z nich ocierają się nawet o skrajną głupotę. Na przykład spotykamy reporterkę, która nie wie, że radio potrzebuje baterii… których oczywiście sobie nie poszuka, mimo że siedzi w sklepie z masą sprzętu, bo musimy jej je dosłownie przynieść z drugiego końca pomieszczenia itd. Eeeh… Uwielbiam taki rodzaj NPC, który daje nam questa w rodzaju „zerwij stokrotki po mojej lewej, a dam ci 1 złocisza”

Nie spodziewajmy się także, by nasze wyboru miały wielki wpływ na fabułę. Owszem, możemy wybierać bardziej agresywne odpowiedzi, przez co Lee będzie wydawał się mniej sympatyczny, ale summa summarum wszystkie wydarzenia zawsze doprowadzą nas do tego samego miejsca. Dla przykładu, jeśli ocalimy bohatera X zamiast Y, to opowieść będzie dokładnie taka sama, bez względu na to, jak wygląda nasz aktualny skład drużyny. Po prostu robią dla siebie za placeholdery. A niektórych, z „automatu”, nie da się uratować bez względu na to, jak bardzo byśmy się starali. Ale nie po to przecież zdecydowano się na konwencje postapo, aby następnie wszędzie ładować jednorożce i tęczę.

Mimo wszystkich wymienionych przeze mnie słabostek i niedociągnięć „Walking Dead” od Telltale to dalej kawał bardzo satysfakcjonującej opowieści. Ciekawostką dla fanów gier epizodycznych powinna być możliwość przeniesienia zapisu z gry, do kolejnego sezonu, co wprowadzi pewne subtelne, a miłe różnice, gdy zdecydujemy się przechodzić kontynuacje. Co więcej, uważam, że to tytuł, który wyjątkowo dobrze się starzeje. Jasne, niektóre tekstury mogłyby być ładniejsze, a animacja płynniejsza, ale wciąż miło mi się wraca do sezonu pierwszego nawet po tylu latach. A Lee już zawsze pozostanie moim numerem 1 wśród protagonistów z gier przygodowych.


Plusy:

+ Wiarygodni, ciekawi bohaterowie, których łatwo polubić;

+ Możliwość spotkania postaci z komiksu;

+ Klimat ciągłego zagrożenia i komiksowa stylistyka.

Minusy:

– Naciągany plot twist w zakończeniu;

– Niektóre wybory są stricte kosmetyczne.


All the videos, logos, images, and graphics used on the blog belong to ©Telltale Games & Skybound Games.

I do not claim any right over them and were used on my blog for informational purposes only.

Dodaj komentarz